Walczył w Powstaniu Warszawskim. Uratowali go ludzie przed wywózką do obozu
1 sierpnia świętujemy Powstanie Warszawskie. Bohaterowie odchodzą, ale jest jeszcze wśród nas powstaniec, który skończył 95 lat.
Zbigniew Maciąg urodził się w 1931 roku i wychował się w Warszawie. Kiedy wybuchła wojna miał 8 lat.
– Mieszkaliśmy przy ulicy Marszałkowska 1 i miejsce to była zakwalifikowane jako dobre na konspirację. Znajdowały się dwie klatki schodowe, trzy windy, przy ośmiopiętrowym budynku. Nasze lokum mieściło się na szóstym piętrze. W sytuacji aresztowań przez Gestapo było gdzie uciekać dwoma niezależnymi wyjściami. Nasze mieszkanie miało 140 metrów kwadratowych, więc w dużym salonie mieściło się ponad 20 osób. Z tego powodu odbywały się u nas spotkania zainteresowanych muzyką. Przychodziła słynna przedwojenna pianistka Zofia Rabcewicz i dawała koncerty grając zakazanego wtedy Chopina – opowiadał Stefan Maciąg dla Fundacji Dobre Słowo.
Światowej sławy pianistka była jurorką Międzynarodowych Konkursów Pianistycznych im. Fryderyka Chopina w Warszawie przed wojną. Miała m.in. tournee po USA.
– Pojawiała się też grupa związana ze szkołą muzyczną w Warszawie. Odbywały się też innego rodzaju konspiracyjne spotkania. Zamieszkała też u was pani ze szkoły, która na naszym fortepianie uczyła grać studentów i główne był to Chopin. Robiła im uwagi tak głośno, że my wszyscy słyszeliśmy, co mówiła- opowiada 95-latek.
Jego starszy brat Mieczysław zdał maturę w 1939 roku i on go edukował.
– Po wojnie chciał zostać architektem. Pamiętam takie komentarze z domu, że jak, wojna się skończy to trzeba będzie odbudowywać kraj. Wobec tego będą potrzebni architekci i ekonomiści. To się zgadzało, więc on chciał wybrał taki kierunku. Niestety losy potoczyły się inaczej – wyznał.
Symboliczna mała chorągiewka
Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie Stefan miał 13 lat i przyjął pseudonim”Kropidło”, a jego brat 23 lata. Działali w V Obwód (Mokotów) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej – 5. Rejon – batalion „Oaza” – 8. kompania WSOP (Wojskowa Służba Ochrony Powstania)
– My z bratem mogliśmy z Mokotowa Dolnego, czyli z ulicy Chełmskiej, przedostać się na Sadybę, gdzie mieliśmy rodzinę. Pamiętam, że jak przechodziliśmy tamtędy zobaczyłem małą, papierową, biało-czerwoną chorągiewkę. Była przymocowana przy chodniku i to na mnie zrobiło duże wrażenie. Po pięciu latach terroru nigdzie nie widziałem żadnej flagi, a tu malutka. Była cudowne zobaczyć symbol polskości, niezależności. Wtedy człowiek budzi się, dostaje energii i my jak na skrzydłach dotarliśmy do domu. Udało nam się z bratem przekroczyć granicę ulicy Chełmskiej, która była pod ostrzałem. Niemcy siedzieli w budynku, który w przyszłości będzie Instytutem Filmowym, ten naprzeciwko hal produkcyjnych. Natomiast ten teren obsadzony był powstańcami – opowiadał Stefan Maciąg.
Sadyba według jego informacji była wtedy otwartym polem rolniczym, gdzie coś uprawiano i nie rosły tam żadne krzaczki. Trudno było się ukryć.
– Znajdował się tylko ten fort, którego ja nazywam Czerniakowskim. Po 1920 roku powstały tam budynki oficerskie. To była taka uznaniowa premia dla żołnierzy, którzy wygrali z bolszewikami. Oni dostawali te mieszkania na wybudowanym osiedlu oficerskim wokół portu. My tam przechodzili do rodziny i udało nam się przejść. Na Sadybie były oznaki powstania, tylko że miały zupełnie inny charakter. Mieliśmy za zadanie utrzymywanie tego terenu w naszych rękach. To był obwód chyba 9 czy okrąg. Chodziło, żeby na południu Warszawy Niemcy nie mieli swobody poruszania się. To było trzymane przez nas w jakimś szaleństwie, bo kiedy oni ściągnęli dywizje z frontu dla zniszczenia powstania, to nasza obrona nie była dla nich problemem. Oni jechali czołgami, a u nas co piąty miał pistolet. Niemcy o tym wiedzieli i nie przejmowali się nami. Natomiast wtedy, kiedy ich jeszcze nie było to dla nastolatka, takie jak ja to były świetne wakacje. Cudowna pogoda, cieplutko, taka podbudowująca wolność. Wiadomo, że nasi rówieśnicy i starsi walczyli w powstaniu. Widzieli swoje, ale tam nie mieliśmy tego namacalnego odczucia, co się działo np. w Śródmieściu. Nawet czołgu nie widziałem, bo zapewne Niemcy jechali inną trasą – mówił powstaniec.
Tragedia rodzinna
Po upadku Powstania Warszawskiego złapali ich i szli, jak inni Warszawiacy do obozu w Pruszkowie, a stamtąd pociągami ludzi wywozili do niemieckich obozów, albo na roboty.
– Kiedy dotarliśmy na miejsce byłem bardzo zmęczony. Wcześniej nie spałam przez kilka nocy, a miałem 13 lat. Nigdy w całym moim życiu tak dobrze nie spałem, jak tam na żywym betonie, bez żadnego materacu, czy jakiegoś posłania. – przyznał szczerze.
Niestety następna dnia rozegrał się dramat w życiu chłopca.
Pędzili nas z jednej z hali do wagonów, a nasza ciotka, która miała dwóch synów, zapisała się wcześnie jako sanitariuszka w Pruszkowie. Miała nadzieje, że jak jej dzieci trafią do transportu, to ona im pomoże. Natomiast wtedy ja z bratem szykowaliśmy do wywózki. Ciotka wyciągnęła mnie i kazała mi udawać, że mam problem z nogami i nie mogę iść. Musiałem przejść do takiego budynku 50-100 metrów dalej. Potem wróciła po brata. Niestety Mieczysław był już poza bramą, gdzie stał pociąg. On z tego składu trafił do obozu koncentracyjnego w Mauthausen i tam niestety został zagazowany. Zabrakło kilku dni przed przyjściem Amerykanów. Dowiedzieliśmy się o tym po wojnie. Wydarzyła się też inna tragedia. Nie wróciła z wojny również ciotka z synami. Nie wiemy, co się z nimi stało. Myślę o niej, bo to ona mnie uratowała – wyznał Stefan Maciąg.
Uciekł z Pruszkowa
– Wtedy udało się mi się uciec z Pruszkowa. Może dlatego, że obóz był ogromnym skupiskiem ludzi i pobliscy rolnicy przywozili nam jedzenie wozami konnymi. Jeden z nich wyjeżdżając schował mnie tam i przykrył klapą. Ktoś mnie wepchnął i kazał jechać. Musiała być w obozie jakaś organizacyjna, która robiła wszystko, żeby dzieci ratować. Choć miałem 13 lat, to nie wyglądałem na swój wiek, bo mierzyłem już 182 cm. Na wsi wypuścili mnie i poszedłem na pociąg, a stamtąd do stryja, który mieszkał w Skarżysku. Po drodze cały czas ludzie pomagali. Wielkie było moje szczęście, kiedy tam się znalazłem i niedługo potem pojawili się ojciec Władysław, mama Julianna z siostrą Danutą. Wcześniej ustaliliśmy sobie ten adres spotkania, gdyby nas rozdzielono.
Na drugi dzień, jak przeszedł rosyjski front to szliśmy do Radomia. Tam daliśmy Ruskim pół litra i zabraliśmy się samochodem wojskowym, który jechał też z transportem do Warszawy. To była amerykańska ciężarówka, którą dostali, a z drugiej strony karabiny mieli na sznurku. Dojechaliśmy na Pragę, gdzie moja siostra miała koleżankę i tam się zatrzymaliśmy. Przeżyliśmy wojnę i tylko nasz brat Mieczysław nie doczekał swojej architektury – podsumował Stefan Maciąg.

Współautor Mateusz Mazur /Fundacja Dobre Słowo


