Nikodem Rozbicki nie dostał wynagrodzenia za rolę w amerykańskim filmie[WYWIAD]
Aktor, który wcielił się m.in. w postać Adama Mickiewicza i Adama z „Braci”, opowiedział nam o swojej drodze do spełnienia marzeń, karierze w Polsce i Stanach Zjednoczonych oraz życiu prywatnym. Nikodem Rozbicki zdradza, jak znalazł się w Los Angeles i co utrudnia mu tam zostanie profesjonalnym aktorem. Zapraszamy do przeczytania wywiadu.

Kim jest Nikodem Rozbicki?
Nikodem Rozbicki, urodzony w 1992 roku w Warszawie, to postać znana szerokiej publiczności przede wszystkim jako utalentowany aktor. Jego kariera nabrała rozpędu dzięki rolom w popularnych serialach takich jak „Bracia” czy „Odwilż”, a także filmach kinowych, m.in. „Bejbi blues”, „Cisza Nocna”, „Listy do M 3”.
Rozbicki to jednak nie tylko aktor. Jego pasją jest również muzyka. Gra na gitarze, basie i perkusji, a w przeszłości działał jako DJ.
Początkowo związany głównie z telewizją, Rozbicki stopniowo zaczął zdobywać uznanie także w świecie filmu. Jego role są chwalone przez krytyków i publiczność, a sam aktor jest często wymieniany jako jeden z najbardziej obiecujących polskich aktorów młodego pokolenia. Obecnie studiuje w Los Angeles i ma szansę również zaistnieć w Hollywood.
Obecnie Nikodema możemy oglądać w filmie ,,Niepewność. Zakochany Mickiewicz” oraz serialu ,,Bracia” emitowanym na kanale Polsat.

WYWIAD Z NIKODEMEM ROZBICKIM
Co skłoniło Cię do podjęcia decyzji o zostaniu aktorem? Czy była to pasja, która pojawiła się w dzieciństwie, czy na przykład stwierdziłeś po liceum, że to jest Twoja droga?
Ciężko jest znaleźć jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Od najmłodszych lat fascynowały mnie różne gałęzie sztuki, która zawsze była obecna w moim domu. Moją główną pasją była muzyka i w tę stronę zmierzałem. Natomiast oglądałem bardzo dużo filmów i interesowałem się kinem. W związku z tym pojawiło się marzenie, że chciałbym kiedyś występować na scenie, jak i działać w sztuce szeroko pojętej. Pewnego dnia zobaczyłem ogłoszenie o naborze aktorów do filmu „Bejbi Blues”. Pasowałem do opisu, więc pomyślałem, że dam sobie szansę. Pokusiłem los i w konsekwencji dostałem tę rolę, ale musiałem przejść przez bardzo długo casting. Później zakochałem się w procesie tworzenia filmu i postanowiłem, że chcę się w tym rozwijać. Zacząłem pracować z agentem, a później poszedłem na studia aktorskie do Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Obecnie kontynuuję edukację w Los Angeles.
Jakie przeszkody pojawiły się na Twojej drodze? Może ktoś odradzał Ci ten zawód, mówiąc, że jest on ciężki. Czy oddalałeś od siebie te zdania?
Ja zawsze starałem się ufać swojej intuicji. W moim domu wspierało się pasje, jednak podstawą była edukacja. Ja i moi bracia mogliśmy się bawić, ale w założeniu, że nie zaniedbujemy szkoły. Kiedy grałem w „Bejbi Blues” nikt mnie od tego nie odciągał, ale traktowałem to jako przygodę i nie nastawiałem się, że będzie to miało jakiś dalszy rozwój. Zaraz po maturze rozpocząłem studia na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zacząłem też pracować w zawodzie aktora, ale mimo wszystko chciałem dokończyć te studia. Ten zawód ma to do siebie, że jesteśmy stale poddawani krytyce. Ona często bywa niesprawiedliwa i nie wynika z rzetelnego podejścia, a z ludzkich uprzedzeń, kompleksów, czy frustracji. Liczę się jednak z oceną innych, jak i mam coraz większą świadomość tego, co robię i czego się ode mnie wymaga.

Jak wspominasz swoje pierwsze kroki na planie filmowym? Jaka była Twoja pierwsza rola jeszcze przed „Baby Blues”?
Byłem członkiem szkolnej grupy teatralnej i raz wystawialiśmy na festiwalu spektakl w języku angielskim. Pojawił się u mnie stres, ale nie zjadał mnie on, a raczej stymulował do skonfrontowania się z moim zadaniem. Jeśli chodzi o pierwszy plan „Bejbi Blues” poprzedzał go bardzo długi czas przygotowań. Mieliśmy przez pół roku próby z reżyserką Katarzyną Rosłaniec i debiutującą wraz ze mną aktorką Magdaleną Berus. Zatem mój pierwszy plan był niezwykle profesjonalny w przeciwieństwie do wielu, na których przyszło mi później stanąć, co było dla mnie frustrujące. Teraz, jak w coś wchodzę, wymagam współpracy ze wszystkimi twórcami i omówienia, czego się ode mnie oczekuje. Próby są domeną profesjonalizmu.
Jak czujesz się podczas wcielania w różne postaci? Czy zdarza się, że któraś towarzyszy Ci po zakończeniu zdjęć?
Lubię postaci, które są dla mnie wyzwaniem i odbiegają od mojej osobowości, na przykład bohaterowie w „Chyłce” albo „Odwilży”. Mogłem wtedy zabawić się i zajrzeć do ukrytych elementów mojego jestestwa. Na pewno coś z postaci we mnie zostaje, ale też ja daję im fragment siebie. To zawsze działa, bo z jakiegoś powodu ktoś wybrał mnie do tej roli. Szczerze wierzę, że najciekawsze postacie są jeszcze przede mną.
Która z Twoich ról była największym wyzwaniem?
Do takich postaci na pewno należy Adaś z „Braci”, nad którym obecnie pracuję w drugim sezonie serialu. Jest takim nieznośnym bratem, ale ma w sobie dużo bezwzględnej prawdy, za co go cenię i lubię pielęgnować nasze wspólne cechy. Inną rolą jest Adam Mickiewicz z „Niepewności”. To film, który był bardzo długo przygotowywany. Musiałem przenieść się w czasie, przejrzeć historyczne archiwa i poznać bliżej osobę tego poety. Było to wyzwanie, ale takie, w którym bardzo chętnie pływałem i próbowałem nurkować coraz głębiej.

Jak dokładnie przygotowywałeś się do roli Adama Mickiewicza? Czy starałeś się stworzyć psychologiczny portret poety, czy skupiłeś się raczej na uniwersalnych emocjach, które towarzyszą pierwszej miłości?
Wraz z reżyserem stworzyliśmy rys psychologiczny tego bohatera jeszcze przed stanięciem na planie i musiałem zapoznać się z okolicznościami jego życia. Aczkolwiek gatunek, w którym się poruszaliśmy to romans, czyli familijny, sielankowy film, a nie ciężki dramat o zakamarkach duszy. Najważniejsze było więc dla mnie, aby po prostu ukazać człowieka, który czuje, myśli, pragnie i odczuwa ból.

Czy było Ci trudno odnaleźć się w konwencji romansu?
Nie specjalnie. Oczywiście traktowałem ten projekt z wielką powagą i determinacją, natomiast sam scenariusz był bardzo lekki. Właściwie podobała mi się ta subtelność środków, którymi opowiadamy ten film. Z drugiej strony chcieliśmy, aby było to współczesne i mogło dotrzeć do dzisiejszego widza. W tej kategorii sprawiało to trudność, ale dawało dużo radości.
Szukałeś może faktów biograficznych z życia Adama Mickiewicza, które pomogą Ci lepiej zrozumieć jego osobę?
Było wiele takich szczegółów. Jego życiorys jest niezwykle barwny. Myślę, że nawet świadomość tego, co później się u niego działo też mogła świadczyć o tym, co w nim buzuje i powoli kiełkuje. Aczkolwiek Waldemar Szarek, reżyser i współtwórca scenariusza wziął na warsztat fragment z młodości Adama Mickiewicza, kiedy to poznał Marylę Werszczakównę. Zauroczył się w niej, spędził z nią piękne lato w Tuchanowiczach i na końcu został odrzucony. Nie mogliśmy więc zbytnio wychylać się i zaglądać do zdarzeń, które były później. Natomiast spędziliśmy wiele godzin nad opracowaniami historycznymi i bliższe poznawanie osoby Adama Mickiewicza zajęło nam miesiące, a sam film powstawał przez lata.
Uważasz, że „Niepewność. Zakochany Mickiewicz” przybliży młodszemu pokoleniu osobę tego poety?
Mam taką szczerą nadzieję. Mimo że historia to romans, który może nie jest najbardziej atrakcyjnym gatunkiem dla młodego widza, to ma do zaoferowania parę rzeczy. Po pierwsze, ukazanie jak świat wyglądał dwieście lat temu. Po drugie, sama sylwetka naszego młodego wieszcza, którego znamy z podręczników jako posągową postać starszego pana w wielkiej brodzie, a tutaj nagle staje się młodym chłopakiem, który ma podobne potrzeby jak my. Minęły dwa wieki, ale to, co jest najgłębiej w naszym DNA, czyli potrzeba przynależności i emocjonalnego przywiązania pozostają niezmienne.
Ostatnio spędzasz wiele czasu w USA i tam również pracujesz na planie filmowym. Kiedy pojawiło się u Ciebie pragnienie kariery w Stanach i jakie kroki podjąłeś, aby to osiągnąć?
Ja pragnienia kariery nigdy nie miałem. Po prostu zapragnąłem wrócić do miejsca, w którym spędziłem kilka dni dziesięć lat temu, gdy pracowałem przy filmie „Bejbi Blues”. Było to Los Angeles. Poleciałam tam jako reprezentant naszego filmu na festiwalu. Byłem sam, bez reżysera, producentów, czy innych aktorów. Miałem wtedy 20 i mieszkałem w hotelu Roosevelt, gdzie były rozdawane pierwsze Oscary. Poszedłem na premierę filmu braci Coen zaraz, jak tylko wylądowałem w LA. Dotknąłem tego mocno hollywoodzkiego świata. To miasto żyje filmem, oni je celebrują. Pomyślałem sobie: „Wow, wspaniale byłoby kiedyś tutaj pomieszkać, a może postudiować”. Po ukończeniu Akademii Teatralnej stwierdziłem, że chętnie postudiowałbym jeszcze aktorstwo . Wtedy odkryłem Szkołę Lee Strasberga i na ich stronie zobaczyłem, że organizują warsztaty w Paryżu. Zaaplikowałem na nie i przyjęli mnie. Podczas nich otrzymałem stypendium i zaproszenie na roczny kurs na ich uczelni. Obecnie mam ukończone dwa semestry. Natomiast jeśli mówimy o jakiejkolwiek karierze, ona istnieje tylko dzięki studiom. Nie jest łatwo zaistnieć w Hollywood i nie mówię tu tylko o trudności przebicia się. Istnieją też przeszkody o charakterze prawnym. Ja mam wizę studencką, przez co nie mogę pracować na żadnym planie. Jednak są pewne wyjątki. Ostatnio brałem udział w filmie krótkometrażowym, ale występowałem w nim jako wolontariusz. To była jedyna prawna ścieżka. W ogóle mnie to nie bolało, bo tworzyliśmy wspaniałe dzieło. Obecnie film jest w trakcie montażu. Kto wie, co przyniesie przyszłość może jeszcze dostanę jakąś rolę. Ja jestem w Stanach głównie po to, żeby poznawać tamtejszy świat.

Jak pracowało Ci się na amerykańskim planie i czy różni się on czymś od planu polskiego?
Pracowało mi się tam świetnie. Był to profesjonalny plan zdjęciowy na wysokim poziomie. W USA istnieją gildie, które pilnują przeróżnych rzeczy, więc powstaje wiele obostrzeń. Wczoraj wróciłem z planu po ponad dwunastu godzinach. W Polsce podczas pracy przy filmie często zdarzają się takie sytuacje. W Stanach nie ma opcji, żeby pojawiły się jakiekolwiek nadgodziny. Stosowany jest tam też ciekawy system door to door. W Polsce czas planu zdjęciowego zaczyna się w momencie, kiedy wejdziesz do garderoby, a kończy kiedy z niej wyjdziesz. W Stanach start liczony jest od momentu, kiedy ktoś odbierze cię z domu, a koniec, kiedy cię do niego odwiezie. Są takie standardy, które Amerykanie sobie wypracowali i praktykują od lat tworząc kino na wielką skalę.
Czy możesz nam zdradzić, jakie sławne, amerykańskie osobowości udało Ci się spotkać?
Było ich bardzo dużo. Oni tam żyją i zdarzało mi się nawet rozmawiać z kilkoma mocnymi nazwiskami. Nie chciałbym tu jednak dokładnie ich wymieniać, bo polskie media strasznie to „rozdmuchują” i tworzą z tego różne nagłówki. Uważam, że siła tkwi w tym, żeby uczestniczyć w tym i traktować ludzi, którzy osiągnęli wiele, jako normalne osoby, takie jak my. Zdarzało mi się wypić drinka z moimi ulubionymi reżyserami, lecz nie zrobiłem sobie z nimi zdjęcia, bo szanuję to, że jak spędzamy gdzieś czas wieczorem, poza pracą, to mogą nie mieć ochoty się fotografować. Widziałem też całą obsadę „Pięknych istot”. Stałem obok nich podczas Q&A, ale jako że byli chwilę przed wejściem na scenę nie chciałem zajmować im czasu. Dużo czasu spędzałem w Chateau Marmont, legendarnym hotelu w Los Angeles, gdzie mieszka na przykład Kanye West. Zawsze stoją przed nim fotoreporterzy i robią zdjęcia każdemu, kto wchodzi i wychodzi. Natomiast nikt nie wchodzi za nim i nie podgląda go przez okno. Mimo wszystko mają szacunek do tych gwiazd. Tak przynajmniej mi się wydaje.
Mówi się, że ludzie w Stanach są bardziej otwarci. Ze swojego doświadczenia, zgodziłbyś się z tym stwierdzeniem?
Zgadzam się, ale są również powierzchowni. Natomiast w tej otwartości i powierzchowności kryje się także taka życzliwość. Podoba mi się, że ludzie na ulicy się do siebie uśmiechają, przepuszczają się, jak jest taka potrzeba i mają we wszystkim taki luz. Poznałem wiele ciekawych osób i kilka razy miałem sytuację, że po pięciu minutach rozmowy usłyszałem: „You’re my new friend”. To zabawne i nieszkodliwe, ale przez to ciężej jest zbudować głębszą relację, bo mamy jednak inną mentalność.
Jakie wartości cenisz?
Dla mnie najważniejszymi wartościami są rodzina i ojczyzna, zarówno w sensie kosmopolitycznym jako planeta, ale także lokalnym – od Warszawy, po Polskę, aż do Europy. Cenię też sobie honor, co odziedziczyłem po dziadku. Dostałem od niego kodeks z pułku strzelców konnych, który należał do pradziadka. Są w nim opisane zasady funkcjonowania nie tylko w ramach pułku, ale i postawy wobec świata, dzięki czemu ma w sobie uniwersalną moc. Inną ważną wartością jest dla mnie prawda. Zawsze do niej dążę, bo uważam, że może czynić cuda.

Najważniejsza osoba w Twoim życiu?
Nie jestem w stanie wskazać jednej. To cała rodzina: tata, mama, bracia i przyjaciele, którzy również się do niej zaliczają.
Czy może Twoi bracia również są aktorami?
Myślę, że mogliby być. Mój starszy brat jest adwokatem, a młodszy kończy właśnie Warszawską Szkołę Filmową. W tym sezonie zaczyna pracować jako aktor. Wystąpi w Kameralnej Operze Narodowej i w teatrze.
Czyżby przejął tę pasję od Ciebie?
Myślę, że nie tylko ode mnie, ale też od rodziców, bo to oni przekazali nam fascynację sztuką.
Jaka jest Twoja ulubiona kuchnia i danie z niej?
Uwielbiam kuchnie tajską i meksykańską, które łączy kolendra. Z kuchni meksykańskiej wyróżniłbym takosy. Między innymi dlatego było mi dobrze w Los Angeles, bo to miasto stoi na takosach. Miałem w związku z tym zabawną sytuację. Gdy zaprowadziłem moich tamtejszych znajomych do miejsca, w którym podawane są takosy, podziękowali mi, że pokazuję im LA, jakiego nie znali. Zdziwiłem się, bo przecież w Los Angeles takosy są wszędzie, na co oni odparli, że bali się jeść je na ulicy.

Twój ulubiony film?
Trudno wybrać jeden tytuł. Jestem wielkim fanem ,,Truposza” w reżyserii Jarmuscha i młodego Johnny’ego Deppa. Z polskich produkcji bardzo lubię „Hydrozagadkę”, która jest niezwykle szalonym filmem. Podoba mi się też dokument pt. „Truflarze”. Opowiada o starszych panach w Piemoncie, którzy chodzą ze swoimi psami i zbierają trufle. Wyróżniłbym również animację „Żółta łódź podwodna”, którą maniakalnie oglądałem w dzieciństwie. To historia Sierżanta Pieprza walczącego z sinolami, którzy chcą pozbawić świata tego, co życiodajne.
Jakie są Twoje pasje , oprócz aktorstwa, muzyki?
Podróże, gotowanie, sport, szczególnie tenis i boks tajski. Główna pasją poza aktorstwem pozostaje jednak muzyka. Wraz z Mikołajem Doberem pracuję nawet nad ścieżką dźwiękową do serialu „Bracia”.

Jakimi słowami opisałbyś swoje dzieciństwo?
Przygoda, próby i siniaki. Byłem ciekawy świata, dzięki czemu miałem wiele przygód. Piłka nożna, muzyka, gitara — to była moja młodość. A i jeszcze czereśnie, zbieranie czereśni bardzo kojarzy mi się z dzieciństwem.
Co powiedziałbyś małemu sobie?
Powiedziałbym: „Nie płakaj, wszystko będzie dobrze. Idź za głosem serca i bądź blisko swoich bliskich”.
Współpraca : Klaudia Smyk oraz Kinga Ołdak

Najnowsze komentarze