Ryszard Rynkowski, znany polski wokalista, został zatrzymany po tym, jak prowadził auto pod wpływem alkoholu i spowodował kolizję. Sprawa wywołała ogromne poruszenie, a głos w niej zabrał uznany toksykolog, który rozprawia się z linią obrony artysty. Czy „alkoholowe alibi” ma szansę obronić się przed sądem?
Ryszard Rynkowski / PAP
Kolizja przed festiwalem.
14 czerwca 2025 roku Ryszard Rynkowski miał udać się na Festiwal w Opolu, jednak podróż zakończyła się niechlubnym incydentem – artysta uczestniczył w kolizji drogowej, prowadząc pojazd w stanie nietrzeźwości. Badanie alkomatem wykazało u niego ponad 1,6 promila alkoholu. Grozi mu za to do trzech lat więzienia. Sprawa zyskała medialny rozgłos, tym bardziej że linia obrony przyjęta przez prawnika Rynkowskiego budzi wiele kontrowersji.
Nietypowe tłumaczenie
Adwokat artysty, mecenas Adam Kozioziembski, przekonuje, że Rynkowski wypił większą ilość alkoholu już po zdarzeniu drogowym – rzekomo w odstępie około 90 minut od momentu prowadzenia samochodu. Według niego, właśnie to mogło wpłynąć na wynik badania alkomatem. Ta wersja wydarzeń ma na celu osłabienie dowodów świadczących o jeździe pod wpływem.
Ekspert nie zostawia złudzeń
Głos w sprawie zabrał znany toksykolog i biegły sądowy Zbigniew Wawer, który ma za sobą ponad 1800 spraw dotyczących kierowców będących pod wpływem alkoholu i substancji psychoaktywnych. Jego opinia nie pozostawia złudzeń co do wiarygodności tzw. „alkoholowego alibi”.
Aby osiągnąć dwa promile po wypiciu pół litra wódki, potrzeba minimum 1,5 do 2 godzin. Jeśli Rynkowski wypił po kolizji, nie mógł osiągnąć takiego stężenia 40 minut później. To fizycznie niemożliwe – tłumaczy Wawer.
Alibi czy wyrachowana strategia?
Ekspert zwraca uwagę, że podobna linia obrony bywa stosowana przez osoby próbujące uniknąć odpowiedzialności. – Często ktoś oddala się z miejsca zdarzenia, spożywa alkohol i liczy, że badanie nie odda faktycznego stanu trzeźwości w chwili wypadku – mówi Wawer. – Ale trzeba zadać pytanie: po co ktoś miałby pić alkohol zaraz po kolizji? Z punktu widzenia psychologii i fizjologii to absurd – dodaje.
Istotne znaczenie ma czas przeprowadzenia badania. Policja twierdzi, że dotarła do Rynkowskiego po około 50 minutach, natomiast obrońca mówi o 90 minutach. Różnica ta jest niebagatelna.
Jeśli było to rzeczywiście 90 minut, można precyzyjnie wyliczyć, ile alkoholu miał we krwi w chwili zdarzenia. Takie rzeczy są mierzalne. Fizjologia nie kłamie – zapewnia biegły.
Zwraca też uwagę na potencjalne nieprawidłowości w samym badaniu.
Jeśli pomiar wykonano niezgodnie z procedurami, np. w trybie manualnym, to wynik może być zakwestionowany. Ale to nie dowodzi trzeźwości kierowcy – tłumaczy.
Tylko badanie krwi może rozwiać wątpliwości
Toksykolog zaznacza, że u osób starszych – takich jak Rynkowski – metabolizm alkoholu może być wolniejszy, ale nie zmienia to faktu, że osiągnięcie dwóch promili w ciągu 30–40 minut od spożycia jest niemożliwe.
Tylko badanie krwi może jednoznacznie wskazać stan nietrzeźwości w danym momencie – podkreśla.
Zbigniew Wawer kończy swoją analizę zdecydowaną konkluzją:
Znam wszystkie sztuczki, jakie stosują oskarżeni. Manipulacje nie przechodzą. Jedynie źle przeprowadzone badanie może dać cień nadziei na uniknięcie kary. Ale cudów w tym zakresie po prostu nie ma.